Jak to życie na Obozie wygląda
Wspomnienia 2008
Zapraszamy na blog Aliny. Link poniżej:
Wspomnienia 2007
Początek
Z Legnicy wyjechałam we wtorek, 28 sierpnia, jak zawsze opóźnionym, pociągiem do Wrocławia, gdzie czekał pociąg, mający nas zawieźć prosto do Białego Dunajca. Na wrocławskim dworcu spotkałam dziewczynę, którą niby pamiętałam z rajdu zimowego, ale początek i tak był taki: "- Alicja?; - Nie, Alina. Magda? Marta?; - Marta.". Dalej przedstawił się jeszcze Maciek, chłopak Marty i razem zajęliśmy miejsca w pociągu. Po małym zamieszaniu do naszego przedziału trafiły jeszcze, między innymi, Magda i Kasia, które również zmierzały do chaty D.A. Redemptor, a także Justyna, która niezmordowanie mówiła i mówiła przez całą noc (dopiero o 5 nad ranem wreszcie zmógł ją sen) - była przy tym masa śmiechu, ale momentami nachodziła ludzi ochota na odrobinę spokoju ;)
Na dworcu w Białym Dunajcu czekało na nas paru obozowych weteranów (większość z nich znałam z poprzednich rajdów), którzy zaprowadzili nas do chaty, uraczyli gorącą herbatką i wymusili haracz (reszta opłaty za obóz). Pokój zajęłam razem z koleżankami poznanymi w pociągu (Magda - psycholożka, Kasia - rolniczka i Ewelina - znajoma Kasi z roku).
Po paru godzinkach snu przyszedł czas aby się poznać. Spotkanie zaczęło się od spraw organizacyjnych, które szybko i sprawnie przedstawiła nam Aga S. - szefowa chaty, Marcin - szef turystycznych i reszta kadry. Potem pałeczkę przejął nasz "coolturalny" Patryk, który dokładał wszelkich starań, abyśmy chociaż nauczyli się swoich imion. Parę godzin zeszło nam na różnych zabawach integracyjnych, które po mszy inauguracyjnej kontynuowaliśmy na wieczorku zapoznawczym - z pozoru prymitywne zabawy dawały bardzo wiele radości i sprawiły, że przestawaliśmy pomału być dla siebie anonimowi.
Czwartek, 30 sierpnia 2007
Drugi dzień obozu wypełniła tradycyjna już pielgrzymka na Wiktorówki. Po Mszy w kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej rozeszliśmy się na różne trasy. Ja wybrałam trasę Marcina, która wiodła przez Gęsią Szyję.
Wieczorem czekały nas otrzęsiny chatkowe, w ramach których trzeba było robić kaczki z papieru w masowych ilościach - zostałam zawodowym kaczkorobem ;)
Piątek, 31 sierpnia 2007
Wraz z Olą z AWFu, Izą i Norbertem wybrałam się na trasę Radka: mieliśmy przejść Czerwone Wierchy, ale w praktyce zahaczyliśmy jeszcze o Giewont i zabrakło czasu na przejście całych Wierchów. W drodze na Kondracką Przełęcz spotkaliśmy niedźwiedzia. Póki był daleko stanowił atrakcję - robiliśmy zdjęcia i spokojnie szliśmy dalej, ale w pewnym momencie misiu zaczął przemieszczać się w kierunku szlaku. Iza bała się chyba najbardziej i jak całą drogę obstawiała tyły, tak teraz poleciała daleko do przodu w obawie przed miśkiem. Szliśmy dalej z niepokojem spoglądając w jego stronę, a Radek po drodze pouczał nas, jak należy się zachowywać w razie bliskiego spotkania z niedźwiedziem ("jak uciekacie to do dołu, bo niedźwiedź ma krótkie łapy i pada na ryj przy zejściach"), ale jak się okazało akurat ten całkiem nieźle radził sobie ze schodzeniem z górki, bo ciągle przemieszczał się w naszym kierunku. Kiedy zniknął w kosodrzewinie, było już oczywiste, że zaraz pojawi się na nowo i przetnie szlak - przez chwilę nie widzieliśmy go, ale za to słyszeliśmy pomruki, wskazujące na to, że misiu miałby ochotę na jakiś obiad ;). Iza była już daleko, ja i Radek szliśmy na przedzie, a Ola z Norbertem zostawali parę metrów za nami i to właśnie na ich wysokości niedźwiedź miał wyłonić się z kosodrzewiny i przeciąć szlak. Stanęliśmy i serca podskoczyły nam do gardeł. Ola i Norbert zgodnie z zaleceniami Radka powoli szli do przodu, a
niedźwiedź przeciął drogę jakieś 3 metry za ich plecami! Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, kiedy okazało się, że nie jest zainteresowany daniami mięsnymi i poszedł dalej szukać jagód.
Na Giewoncie byłam dokładnie 7 lat temu i daję słowo - wtedy te skały nie były jeszcze aż tak wyślizgane jak teraz! Ludzie dosłownie zadeptali tą górę i kamienie, po których się nań wspinaliśmy były tak wypolerowane, że pomimo małej wysokości wchodzenie nie należało do przyjemności. Po nasyceniu się pięknymi widokami, ruszyliśmy na podbój dwutysięczników, czyli właśnie Czerwonych Wierchów. Magiczna cyfrę "2000 m.n.p.m." przekroczyłam na Kondrackiej Kopie, dalej weszliśmy jeszcze na Małołączniak i stamtąd niestety musieliśmy się wycofać, zostawiając resztę Wierchów na dzień następny. Widoki były przewspaniałe!
Tego dania miała się odbyć pierwsza msza chatkowa (normalnie były w kościele). Podczas obiadu Aga S. Założyła się z Ojcem Pawłem, że ten nie zdobędzie się na 1,5-godzinne kazanie. Koleżanka przegrałaby paczkę Snicersów, gdyby nie to, że we mszy uczestniczyli również nasi gazdowie i to chyba przez wzgląd na ich obecność kazanie trwała chyba "tylko" ponad pół godziny. Na późniejszych mszach okazało się, że Padre jednak jak chce to potrafi zaserwować godzinne kazanie właściwe oraz piętnastominutowy wstęp i zakończenie mszy. Co ciekawe długość homilii przekładała się również na jakość i przynajmniej w moim odczuciu nudno wcale nie było i zdecydowanie wolałam msze chatkowe od ogólne.
Sobota, 1 września 2007
Trasa: Czerwone Wierchy - ciąg dalszy, tym razem od drugiej strony.
Towarzysze drogi: Ola, Radek, Bazyl, Bartek
Tego dnia niestety zabrakło już ładnej pogody i cały dzień szliśmy w deszczu, lodowatym wietrze, mgle... - możnaby to nazwać spacerem w chmurach. Co prawda nic nie widzieliśmy, było mokro i zimno, ale dzięki temu całe Czerwone Wierchy przeszliśmy w 6,5 godziny, gorąca herbata i czekolada na Przełęczy Kondratowej smakowała jak nigdy, a moje bajki o znikaniu ludzi na Czerwonych brzmiały trochę bardziej wiarygodnie ;) Co do widoków to trzeba było wierzyć Radkowi na słowo i oglądać je oczami duszy, bo przez chmurę na dobrą sprawę widzieliśmy tylko to, co mamy pod nogami (" - Tam powinniśmy widzieć Krzesanicę, na którą zaraz wejdziemy, tam jest wielka przepaść..."; " - Tak Radku, wierzymy ci na słowo :)")
Niedziela, 2 września 2007
W niedziele zgodnie z obozową tradycją w góry się nie wychodzi, a dzień ten wypełniły mecze koszykówki oraz Bieg Otrzęsinowy. Ta druga część dnia była szczególnie ciekawa - bawiłam się na Biegu doskonale, a jedyną jego wadą było to, że trwał tak długo, że w chatach, które odwiedzaliśmy na końcu już nie miało się na nic ochoty.
Poniedziałek, 3 września 2007
Trasa: Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Łopata, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch.
Załoga: Kasia P., Paweł QQ, Iza
Trasa była przewidziana na jakieś 14 godzin, więc wyjechaliśmy na nią już o 5:15 (dzięki uprzejmości Ojca, który to też wstał o tejże dzikiej porze, aby nas podwieźć na szlak). Udało nam się przemierzyć tą traskę w 9,5 godz! Początkowo (w drodze na Grzesia) padał deszcz i szliśmy w chmurze, ale potem pogoda zmieniła się diametralnie i nawet momentami wychodziło słońce. Ze szczytów widzieliśmy słowacką część Tatr, która to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy stałam dokładnie na szczycie Kończystego Wierchu otrzymałam smsa z wiadomością, że już nie jestem bezdomna, bo przyznano mi akademik i to ten, który chciałam. Wracając przez Dolinę Chochołowską spotkaliśmy żmiję zygzakowatą, która bezczelnie wylegiwała się na słoneczku (akurat wtedy schowało się za chmurami, ale innego wytłumaczenia dlaczego leżała tak, a nie inaczej nie widzę ;))
Wieczorem urządziliśmy ognisko z D.A. Horeb, po którym zaczął padać deszcz. I tenże deszcz padał do końca obozu...
Wtorek, 4 września 2007
Kiedy dzień wcześniej niezawodna prognoza pogody mojej mamy zapowiadała deszcze na ten dzień, od razu pobiegłam do drzwi kuchni i wpisałam się na wachtę - odsłużyć i tak trzeba, ale lepiej spędzić cały dzień w kuchni kiedy pada deszcz, niż kiedy wszyscy hasają po górkach, a ty jak ten męczennik... mniejsza o to ;) Na wachcie byłam razem z małżeństwem O. - Martą i Pawłem oraz Izą. Wstałam o 5 rano aby robić kanapki na śniadanie, a koło 9 weszła Agnieszka z tekstem: "mogliście wstać o 7, bo i tak prawie nikt na trasę nie poszedł" - ale ból! Naszym zadaniem było zrobienie spaghetti, ale... nie było nawet makaronu! Tak więc najpierw trzeba było oblecieć wszystkie sklepy w Białym Dunajcu w poszukiwaniu mięsa i innych potrzebnych produktów - zajęłoby nam to pewnie ładnych parę godzin, ale na szczęście Paweł i Marta byli szczęśliwymi posiadaczami samochodu i tylko dzięki temu zdążyliśmy z obiadem na czas. Niestety zlecono nam kupienie za mało wszystkiego i jedzenie wyszło dobre, ale stanowczo za mało. Po wachcie stwierdziłam, że chyba wolę być nauczycielką, niż stać na zmywaku w jakiejś Irlandii ;)
Tego dnia miała być "Żakariada", ale ominęła nas ta impreza, bo Padre chyba nie pogodził się z utratą paczki snicersów i msza chatkowa troszeczkę się przedłużyła... Ale wieczór i tak, jak zawsze, spędziliśmy bardzo miło :)
Środa, 5 września 2007
Prognozy pogody zapowiadały kolejne dni deszczy, więc pojawiło się pytanie: "co z tym fantem zrobić?". Większość postanowiła zostać w chacie, a ja stwierdziłam, że jest jedno takie miejsce, gdzie pomimo deszczu i tak będzie można podziwiać uroki rzeźby skalnej: jaskinie! Pomysł podrzuciłam Kasi P. i rano wraz z nią i Pawłem QQ ruszyliśmy na podbój jaskiń. Szliśmy Doliną Kościeliską, a chmury nieprzerwanie obsypywały śniegiem nasze głowy - śnieg był nawet w Zakopanem! Najpierw ja i Paweł wspięliśmy się po lodowatych łańcuchach i ośnieżonych kamieniach do Jaskini Raptawickiej, a potem, już we trójkę, poszliśmy błądzić po korytarzach Jaskini Mylnej. W jaskiniach było strasznie zimno i mokro - woda kapała z sufitu, szkliła się na ścianach oraz zalegała pod stopami - często brodziliśmy po kostki w wodzie. Jakoże wchodząc już byliśmy mokrzy (od deszczu i śniegu na przemian), nie sprawiało wielkiej różnicy kiedy trzeba było przeciskać się gdzieś, pełzając na czworaka w wodzie po kostki. W Mylnej siedzieliśmy długo, ponieważ staraliśmy się schodzić jak najwięcej bocznych korytarzy. W jednej z ostatnich komór zapaliliśmy świeczki i na jednym z kamieni zrobiliśmy sobie drugie śniadanko. Co prawda kanapki były mokre, ale świeczki przyczyniły się do stworzenia wspaniałej atmosfery i pomimo iż trzęsłam się z zimna, bardzo miło wspominam to jaskiniowe posiedzenie. Nieco później urządziliśmy sobie jeszcze jedno długie posiedzenie, ale to już w schronisku na Hali Ornak.
Ciągle padało. Biały Dunajec zamienił się ze spokojnej w rwącą rzeką, ogłoszono II stopień zagrożenia lawinowego, a w naszej chacie zapanowała jakaś epidemia przeziębienia i grypy. Z tego właśnie powodu hitem podczas kolacji były grzanki z czosnkiem i tylko nieliczni planowali wyjście w góry na dzień następny (większość szlaków była niedostępna właśnie przez zagrożenie lawinami)
Czwartek, 6 września 2007
I ja też na trasę żadną nie poszłam, bo mnie również dopadł katar, wszystko było mokre i miałam chwilowo dość moknięcia. Ranek zajęło mi dbanie o to, aby wachta nie przygotowała obiadu (czyli gra w remika z Pawłem QQ i Pawłem M.), potem jeszcze inne gry, zamęczanie Magdy, studentki psychologii i współlokatorki zarazem, rozmowami dotyczącymi tematu jej studiów i nicnierobienie - to był jedyny taki dziwny dzień.
Po południu udaliśmy się wszyscy do Zakopanego na Festiwal Piosenki Wszelakiej. Duszpasterstwa powymyślały prześmieszne piosenki, połączone z równie pocieszną choreografią, a całość imprezy uświetniały "chóry anielskie" w zabawny sposób zapowiadające kolejnych wykonawców. Konkurs wygrała Góra Św. Anny, a Redemptorowi udało się zając zaszczytne III miejsce śpiewając "gdzie skarb twój, tam serce twoje..." Pomimo mojego małego sabotażu, wachta i tak przygotowała na festiwal łazanki lepsze niż inne duszpasterstwa ;)
Piątek, 7 września 2007
Planowałam iść z Kasią P. do Doliny Pięciu Stawów, ale rano po otworzeniu oczu zobaczyłam strugi deszczu, więc plany trochę się zmieniły...Zdobyłam za to dwa super-extra wysokie szczyty: Nosal i Krupówki :D Inni wielcy zdobywcy to: Paweł M., Paweł QQ, Łukasz, Papaj, Norbert, Wojtek, Marysia, Ola, Basia, Kasia P. Główną atrakcją tego dnia była "Najstarsza góralska chata". Tabliczka informowała, że można ją zwiedzać, więc weszliśmy i spotkaliśmy jakąś gaździnę (najstarsza góralska kobieta?), która wyciągnęła rękę po opłatę. Kiedy zaczęliśmy się targować o cenę, kazała nam "iść w pieruny" i uraczyła góralską wiązanką (połowy nie rozumieliśmy) :D W Zakopanym zatrzymaliśmy się na ciastkach "W Podwórku", a potem z Pawłem QQ i Kasią P. zwiedziliśmy stary kościółek i cmentarzyk, na którym leżą m.in. Witkacy, Kornel Makuszyński, sławni taternicy... Dzień był bardzo szary, ciągle utrzymywała się mżawka i to wszystko stwarzało świetną, ponurą atmosferę, która dodawała cmentarzowi uroku.
Sobota, 8 września 2007
Cel: Dolina Suchej Wody i Czarny Staw Gąsienicowy.
Ekipa: Paweł M., Łukasz, Paweł QQ, Basia, Ola, Asia.
Co prawda tego dnia stał się cud i przestał padać deszcz, ale i tak brodziliśmy w wodzie, bo droga przez Dolinę zamieniła się miejscami w uroczy potoczek (Łukasz przerobił nazwę na: Dolina Wielkiej Wody). W schronisku spotkaliśmy ekipę śmiałków z naszego D.A. (Krzysiek Z., Aga, Paweł O., Wojtek), którzy byli na Kasprowym Wierchu i próbowali zdobyć Czerwone Wierchy, co okazało się niemożliwe przez śnieg.
Wyprawę zakończyły ciastka "W Podwórku" i starcie z bardzo zautomatyzowaną pocztą... ;)
Niedziela, 9 września 2007
Były mecze siatkówki i piłki nożnej, ale jako że czułam deficyt snu (codziennie spałam ok. 5 godzin), a zdrowie szwankowało, zostałam w chacie. Popołudnie już nie było takie leniwe, bo to Dzień Otwartych Chałup - wraz z Magdą, Kasią, Olą i Marysią poszłyśmy spróbować "Płonącego Dominikanina" w D.A. Dominik i do Maciejówki, gdzie można było zrobić odlew dłoni z gipsu.
Poniedziałek, 10 września 2007
Trasa: Tomanowa Dolina, Tomanowa Przełęcz, Przełęcz Chuda, Ciemniak
Ludzie: Krzysiek Z., Paweł QQ, Magda, Kasia, Paweł O., Aga
Dolina Tomanowa pomimo deszczu była bardzo ładna, a na Tomanową przełęcz trzeba było przedzierać się przez kosodrzewinę. W środku dnia rozpogodziło się i mogliśmy oglądać przepiękne widoki. Kiedy wchodziliśmy na Ciemniak przestało być tak przyjemnie - śnieg padający i zalegający, mroźny wiatr, mgła... Inną atrakcją były kozice :) Na szczycie spotkaliśmy Pawła M., Łukasza, Wojtka i Basię, którzy mimo śniegu zdobywali Czerwone Wierchy. Po śniegu wchodzi się wcale nie najgorzej zwłaszcza, jeśli ktoś już wcześniej szedł i można iść po śladach, ale schodzenie to makabra - śnieg jest tak śliski, że co chwila ktoś upadał (ja ze śniegiem dałam sobie radę, ale niżej było takie fajne, śliskie błotko... ;))
Wtorek, 11 września 2007
Ostatniego dnia wybrałam się z Kasią P. do Doliny Pięciu Stawów przez Morskie Oko i Świstówkę, a powrót przez Dolinę Roztoki. W schronisku nad Morskim Okiem spotkałyśmy ekipę z D.A. Przystań. Mieli problem z podjęciem decyzji, gdzie pójść, więc zaadoptowaliśmy jednego z członków - Tomka, który wcześniej trzymał się z Redemptorem, a teraz chciał iść do Doliny Pięciu Stawów, ale większość jego towarzystwa wolała posiedzenie w schronisku. Oczywiście jak zawsze padał deszcz, ale parę razy chmury się rozstąpiły i mogłyśmy spojrzeć z łezką w oku na szczyty, które planowałyśmy zdobywać, ale pogoda pokrzyżowała nasze obozowe plany (Rysy, Orla Perć, Szpiglas...). Był już niedźwiedź, żmija, kozice... Teraz spotkałyśmy świstaki :)
To ostatni dzień, wiec była też i ostatnia msza chatkowa - tutaj chyba Padre pobił rekord :) Była też i agapa - cała noc przy pysznych lodach, cieście, wpisywanie się do śpiewników, oglądanie zdjęć, wyprawa kilku wariatów na zdobywanie flag, pakowanie się, ostatnie rozmowy, pożegnania... Pomimo iż pogoda była jaka była, nie udało mi się przez nią zrealizować ambitnych planów, wyjeżdżając zakręciła mi się łezka w oku i naprawdę żałowałam, że to już koniec. Niesamowici ludzie, atmosfera, góry, płynąca zewsząd radość i dobro... - było po prostu pięknie! Strasznie cieszę się, że pojechałam na Biały Dunajec i mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić.
Dziękuję wszystkim. Za to, że byliście.
Wspomnienia 2004
Witam wszystkich serdecznie !
Może najpierw się przedstawię. Mam na imię Adam i jestem na pierwszym roku Politechniki na Wydziale Elektrycznym. Z kolei na obozie byłem nazywany gadułą, gdyż przez pierwsze dwa, trzy dni, dopóki nie straciłem głosu, to niewielu było tak wytrwałych jak ja. Oczywiście nie liczę ojca Andrzeja, bo tu konkurencja byłaby niesprawiedliwa. Ach ten stres...
Pomysł spisania tych hm... wspomnień z Białego Dunajca zrodził się nie, jak ktoś mógłby sądzić w pierwszym dniu, ale w trzecim podczas jednej z wypraw w góry. Natomiast na realizację trzeba było jeszcze poczekać, bo zaczęła się po kolejnych trzech dniach, a powód był taki, że spisanie tych wszystkich wydarzeń nie jest rzeczą łatwą. Działo się wiele i samo wymienienie wszystkiego zajęłoby wiele kilobajtów w komputerze.
Proszę to co napiszę traktować bardziej jako mój własny pamiętnik, odczucia i przemyślenia, niż relacja z wyjazdu. Tytułem wstępu dodam jeszcze, że sam obóz jest, co na pewno wielu zszokuje - nudny. TAK!. Nie pomyliłem się i jestem świadomy tego co napisałem. No bo co to za wjazd? Rano pobudka, śniadanie, wyjście w góry, potem jeszcze "jakaś msza", kolacja, nic specjalnego. Jeżeli pojedziesz do Białego z takim nastawieniem, że tu ma być, jak inni mówią: fajnie ( przepraszam za zwrot kolokwialny ), to nie radzę Ci przyjeżdżać, bo się zawiedziesz. Ten obóz jest o tyle ciekawy, interesujący i "czaderski" o ile Ty sam dasz cząstkę siebie, o ile Ty sam spowodujesz, że będzie ciekawszy, o ile Ty sam postarasz się, żeby nie był nudny. A jeżeli z takim nastawieniem - pozytywnym, przyjedzie pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt osób ( w jednej chacie rzecz jasna ), to wtedy jest " taka imprezka" i naprawdę jest co wspominać. Ale jak już wcześniej napisałem: OD CIEBIE ZALEŻY, czy będziesz ten obóz miło wspominać.
Jeśli chodzi o wstęp, niech tyle wystarczy, jak ktoś polubił moje ględzenie, to zapraszam na osobistą rozmowę, ale ostrzegam ( patrz początek tekstu, co do gadulstwa autora ).
Przejdźmy do opisów jak to życie na obozie przebiegało. Dla niecierpliwych dodam, że nie zdradzę wszystkich szczegółów, bo wtedy nie mielibyście radości z przyjazdu do tej "wioski studenckiej", jaką się staje na te dwa tygodnie Biały Dunajec. Pominę szczegółowe opisy atrakcji, jakie tam na Was czekają, a ma to podłoże psychologiczne, bo człowiek zaciekawiony czymś chce to poznać ( to pozostałości po chęci studiowania na psychologii ) i sądzę, że może i w ten skromny sposób zachęcę niezdecydowanych jeszcze, do wyjazdu w góry.
Nie są to rekolekcje, choć Pan Bóg jest obecny na co dzień w naszym działaniu i wszystko zaczynamy z Jezusem już tu we Wrocławiu. Przy okazji dostaniemy trochę informacji wstępnych dotyczących obozu. Np. że da się zmieścić 500 studentów do zwykłego pociągu kursowego Wrocław-Zakopane itp. Już samo to powoduje, że człowiek staje się bogatszy o doświadczenie jechania w pociągu na korytarzu, a właściwie to nad nim, bo na podłodze nie ma miejsca. Ci co mają klaustrofobię to nie muszą się bać, bo atmosfera jest sympatyczna i można zająć miejsce przy oknie ( dosłownie przy oknie ) i tylko czasem konduktor przemyka po suficie z wdziękiem łani.
Będę pewne rzeczy opowiadał z perspektywy mieszkania w chatce D.A. "Redemptor", więc nie musi to być obozowy standard. Są u nas tzw. "wachty". Wiem, że wielu z Was nie wie z czym to się je, bo nawet na Festiwalu Piosenki Wszelakiej musiałem tłumaczyć ludziom what`s that?, ale o samej imprezie za chwilę. Czym jest wachta? Posługą dla drugiego człowieka. Pisząc prostszym językiem - dyżurem w kuchni i okolicach. Ale to nie jest zwykła kuchnia, oj nie. Kto nie umie, nauczy się rozpalać w piecu węglowym, jak ktoś nigdy nie gotował dla 60 osób, bo nie był jeszcze w wojsku, to też się może nauczyć i jest nawet sporo czasu na to, jakieś 10 godzin. Oczywiście nie robi tego jedna osoba, tylko cztery i żeby się nam nie nudziło, bo co to tam obiad ugotować w 10 godzin, musieliśmy zrobić też zakupy. Pomocna była tu znajomość poruszania się komunikacją miejską i orientacją w terenie Zakopanego. Lecz była też opcja wynajęcia "przewodnika" - persony, która była już n-razy w Białym i wie gdzie jest tanio i pewnie w skrócie TIP ( zasadniczo to w takiej grupce zawsze jest choć jedna taka osoba, nawet tylko dla bezpieczeństwa, żeby głodni, schodzący z gór ludzie mieli co zjeść i nie roznieśli chatki).
W pozostałe dni chodzi się po górach, choć źle to ująłem. Można różnie przeżyć spotkanie z górami. Ja lubię góry, może bardziej niż lubię. Tam czuję się wolny, pokonuję własne słabości, lęki, mogę poznać fantastycznych ludzi, bo tam wyżej już tylko tacy chodzą, a jak już się jakiś "paskud" znajdzie, to jest on niechlubnym wyjątkiem.
Pierwszy raz byłem w Tatrach i napiszę tylko tyle, że to co widziałem, czułem, jest nie do opisania. Doświadczyć tych widoków, gdzie oko nie jest w stanie dostosować ostrości, bo przestrzeń jest tak ogromna i rozległa. Tam się siedzi chwilę, a okazuje się to godziną, albo i dwoma. Jak nigdy nie słyszałeś/aś "ciszy wiatru", to zapraszam Cię do poznania tego wspaniałego uczucia, chwili, kiedy słyszysz tylko wiatr i czujesz przestrzeń...
Wiem, że to co piszę nie jest zbyt przekonywujące dla niektórych, ale inaczej nie potrafię. Należę zresztą do tej grupy ludzi, którzy uważają, że nie wszystko da się wyrazić słowami, że są przeżycia, które zostają tylko w tym, kto je przeżył i to jest jego indywidualnym bogactwem. Co by nie zrobić nie da się oddać pewnych chwil z życia.
Kiedy już wracaliśmy z tras, to najpierw czekał na nas Chrystus w Eucharystii, a potem wachta z ucztą dla podniebienia i nie było dnia, w którym nie było co jeść. Posiłki były mniej lub bardziej wyszukane, ale wszystkie smaczne, pożywne i zjadliwe ( nawet dla tych którzy w pierwszych dniach zwali się wegetarianami ), co dla głodnego jest celem priorytetowym.
Codzienne prawie że wyjścia w górki przeplatane były różnymi ogólnoobozowymi i chatkowymi zabawami, spotkaniami, wykładami...
Przykładem jest Festiwal Piosenki Wszelakiej (teraz Festiwal Twórczości Wszelakiej), gdzie każdy z osobna i wszyscy razem mogą pokazać swoje talenty, obojętnie jakie by były. Co do charakteru, przebiegu i treści, to nie ujawnię go, by przyjeżdżający sam mógł przeżyć to spotkanie i nie kierował się opiniami jakiegoś gościa piszącego ten tekst. Podobnie sprawa ma się z Dniem Otwartych Chałup i Biegiem Otrzęsinowym, który ma inny charakter niż znany Wam z opowiadań, czy własnych doświadczeń z kolonii, jak np. picie paskudztw składających się z wszystkich dostępnych przypraw w sklepie. Tam się bawią wszyscy, nawet Ci co już są kolejny raz i co dla niektórych ważne, nie chodzi się samemu, lecz grupie.
Tak na marginesie to chcę jeszcze napisać, że studiowanie, to nie tylko nauka, choć ona przede wszystkim, ale także wolności i własne decyzje. Można chodzić na imprezy, nocne zabawy... ale pod koniec studiów zostaje niesmak, że się ten czas zmarnowało, albo raczej źle spożytkowało. Zachęcam Cię, żebyś w czasie tego kolejnego etapu w życiu "zaczepił się" w jakimś Duszpasterstwie. Co to daje, zapytasz? Same plusy. Poznasz ludzi, którym nie zależy tylko na tym, żeby brać, że moje, że tylko ja się liczę. Będziesz mógł rozwijać swoje zainteresowania, pasje, bo każdy człowiek je ma, a w D.A. jest możliwości rozwoju. Masz szansę i to dużą, że znajdziesz osobę z którą się zwiążesz na całe życie i przede wszystkim, to co dla mnie jest ważne, będziesz mógł przyjść i porozmawiać. Jak masz problem z nauką, też możesz przyjść. Przecież duszpasterstwo, to nie tylko ludzie z pierwszego roku, ale i tacy, co już skończyli studia i są chętni do pomocy.
Nawet jeśli masz wizję czegoś, a nie wiesz jak to zacząć, nie wiesz gdzie, to duszpasterstwo jest właściwym miejscem, a to głównie dlatego, że ma certyfikat Ducha Świętego i jest otwarte na nasze młodzieńcze propozycje.
I na koniec podziękowania dla tych z którymi byłem w Białym Dunajcu. Nie wymienię wszystkich, ale o wszystkich pamiętam, również w modlitwie.
Dziękuję:
Ojcu Andrzejowi, za poczucie humoru, aparat fotograficzny i wyjaśnianie rzeczy trudnych w wierze i lotnictwie...
Ojcu Krzysztofowi, za spokój, opanowanie, kazania...
Sebastianowi i Magdzie, za czuwanie nad całością...
Ani, za tłumaczenie, jak należy zrobić zakupy, by nie wydać za dużo i za szorowanie garów...
Łukaszowi, za jego wygłupy, jako kulturalnemu i powagę w chwilach wielkiej wagi...
Przemkowi, Piotrkom, Kindze, Damianowi i Pawłowi, za ich prowadzenie po górach, rozmowę, opiekę, tłumaczenie po raz kolejny co to za szczyt przed nami...
Krzychowi, za podejście do życia i wytłumaczenie pewnej ważnej sprawy...
Kindze, za wspólne gotowanie, że... była i pokazała mi jakie czasem życie potrafi być...
Agnieszce, za rozmowy z Nią, siostrzane podejście, bym sobie życia nie pogmatwał i wyjaśnianie nieporozumień...
Natalii, za chwalenie Boga gitarą i w kuchni...
Marcie, za troskę w czasie mojego przeziębienia...
Gosi, za niesamowite poczucie humoru i radość życia...
Tomkowi, za zawsze poważne podejście do mojej osoby...
Bolkowi, za dostojeństwo i wspaniały śpiew...
Madzi, za uśmiech, radość i przepyszną kolację...
Wielce Szanownemu Danielowi, za dzielenie się doświadczeniem i zaangażowanie w "mafię"...
Barowi i Adze, za ich małżeńskie świadectwo...
Maćkowi i Marcinowi, za spokojne, bezkonfliktowe mieszkanie w pokoju i wrażliwość...
Grześkowi i Waldkowi, za wspólne gotowanie...
Dominikowi, za dobre słowo i wiarę w moje zdolności przywódcze...
Eli ze Zgorzelca, za radość z każdej dziejącej się rzeczy i za taniec...
Dziewczynom od Wawrzynów, za naukę tańców w czasie Dni Otwartych Chałup...
Kelnerkom z "Porcjunkuli 1", za serwowanie naleśników dla takiej grupki, która się wszystkiego czepiała i za adres pewnej apteki od jednej z nich...
Ludziom z "Nazaretu", za wspólną mszę św...
D.A. "Most", za świetną zabawę w czasie otrzęsin...
A także wszystkim których nie wymieniłem, za to, że byli tam i swoim słowem, czynem sprawiali że ten obóz nie był nudny...
Naprawdę było warto...